#398: Wincenty Pająk (tj. mój ojciec) często nam opowiadał jak przeżył druzgoczące bombardowanie obozu pracy POW z niemieckiego Peenemünde atakującego Londyn rakietami V2 - zaś to jego przeżycie filozoficznie skompletowało mi najważniejszych "3 świadków", którzy potwierdzili, że istnienie losu i życiowego przeznaczenia jest "absolutną prawdą"
Jak zawsze, ten polski blog #398 z jego punktem #H2 jest opublikowany powyżej jako angielski wpis #398E dostępny tuż powyżej tego polskiego #398
(As always, this Polish blog #398 with its item #H2 is published in the language of England as post #398E available right above this Polish post #398)
Podsumowanie punktu #H2 z tego raportu w formie bloga #398, oraz ze strony internetowej "love_pl.htm". Te prezentują krótki fragment życia pojedyńczej osoby i zaszłe wówczas zdarzenia. Zaszły one podczas drugiej wojny światowej. To wtedy Alianci spartaczyli bombardowanie hitlerowskiego centrum rakietowego w Peenemünde. Gro bomb zrzucili tam na baraki obozu pracy z polskimi więźniami wojennymi - zamiast na budynki fabrykujące rakiety V2 i je udoskonalające. Liczne jak gradobicie bomby rozpętały w owym obozie istne piekło. Z kilkuset więźniów bombardowanie przeżył jedynie Wincenty Pająk (tj. mój ojciec). Jako twórca filozofii Totalizm zdarzenie to przeanalizowałem w kontekście historycznej sytuacji w jakiej miało ono miejsce, jego powiązania przyczynowo-skutkowego z pokrewnymi mu zdarzeniami, oraz wpływu jaki wywarło ono na odmiennych ludzi. Ustaliłem, że filozoficznie reprezentuje ono sobą empiryczny materiał dowodowy będący składową najważniejszych "3 świadków" potwierdzających jako "absolutną prawdę" iż "los" i "życiowe przeznaczenie" faktycznie istnieją. Potwierdzenie to prezentuję w "motto" z punktu #H2 poniżej. Opis zaś tamtego krótkiego chociaż historycznie ogromnie znaczącego zdarzenia zawarłem w tekście niniejszego raportu o formie bloga #398. Na końcu tego raportu przytaczam też trzy fotografie ukazujące jak obecnie wygląda tamten obszar Peenemünde. Ponieważ jednak mam trudności z pokazywaniem fotografii na blogach totalizmu, fotografie z Peenemünde pokazuję tylko na swojej stronie internetowej "love_pl.htm" - linki do której podaję w niniejszym raporcie i blogu #398.
#H2 i blog #398. Przeżycie przez mojego ojca spartaczonego alienckiego bombardowania Peenemünde (jako jedynego więźnia, który przeżył tam w obozie pracy POW), oraz dostarczona przez to przeżycie empiryczna składowa potwierdzenia "3 świadków", że "los" oraz "przeznaczenie" faktycznie istnieją - choć "wolna wola" pozwala ludziom też wierzyć w istnienie "przypadków" lub "zbiegów okoliczności"
Copyright 2026 by dr inż. Jan Pająk
Motto: "Dla każdej osoby Bóg ma z góry zaplanowany jego 'los i przeznaczenie', które są najodpowiedniejsze dla jego dorobku życiowego, ale jednocześnie każdemu Bóg dał też 'wolną wolę' aby przyjął lub odrzucał to co Bóg dla niego zaplanował". (Wyjaśnienie tego motto. Bóg każdemu z ludzi zaplanował "los", przebieg życia, misję, "przeznaczenie", itp., które najlepiej odzwierciedlają jego dorobek i zasługi wynikające z jego życia. Istnienie planu tego losu i przeznaczenia potwierdzają wszyscy najważniejsi tzw. "3 świadkowie", których opisuję w (1) do (1c) z bloga #331 oraz z punktu #H1 mojej strony "2020zycie.htm". I tak pierwszym (1) z tych "trzech świadków" jest empiryczny materiał dowodowy. Jedną z grup tego materiału stanowią przysłowia ludowe. Przykładowo Polacy z typową dla nich odmianą poczucia humoru, który w Polsce nosi unikalną nazwę "wisielczy humor", faktyczne istnienie "losu" i "przeznaczenia" podkreślają np. przysłowiem "co ma wisieć NIE utonie" (po angielsku "what is destined to hang will not drown") - np. przeglądnij przeliczne widea wyszukiwane rozkazem https://www.youtube.com/results?search_query=co+ma+wisieć+nie+utonie . Widea te potwierdzają działaniową prawdę idei wyrażanej owym przysłowiem. Odnotuj tutaj też, że przysłów typu "wisielczy humor" NIE powinno się brać dosłownie, a jedynie symbolicznie. Mają go bowiem też inne kraje. Przykładowo we Wietnamie mają przysłowie "małżeństwo to grób, w którym grzebie się szczęście" - patrz https://www.youtube.com/watch?v=Ssh4kLCSXik , zaś np. Chińczycy mają przysłowie "kiedy koń ci padnie musisz chodzić na piechotę" - wszystkie które to przysłowia używają sytuacji do wyrażenia ich idei. Doskonałym empirycznym materiałem dowodowym na istnienie "losu" i "przeznaczenia" są też zdarzenia jakie opisuję w niniejszym punkcie #H2. Uczestnik tych zdarzeń, tj. mój ojciec, jako jedyny więzień z polskiej części obozu pracy w Peenemünde NIE próbował kryć się przed bombami pod łóżkiem lub stołem z baraku, tak jak uczynili inni więźniowie. Szybko też się okazało, że wszystkie baraki zostały trafione bombami. Szczęśliwie dla niego, mój ojciec jako jedyny wybiegł z baraku i wskoczył do któregoś z pierwszych lejów po bombie. To go uratowało. Jako też jedyny więzień z polskiego obozu przeżył owo istne piekło spartaczonego bombardowania tego obozu. Całe też życie wierzył, że był też jedyny kto przeżył je z całego Peenemünde. Kiedy bowiem ruszył do domu w swym więziennym "pasiaku", na samej wyspie NIE spotkał nawet jednej żywej duszy. Opowiadał nam potem, że bomby spadały na ów obóz jak intensywne gradobicie, zaś nawet woda się paliła. Przykład tamtejszego leja po bombie, do dzisiaj zapełnionego wodą choć już zarośniętego lubiącą wodę trawą, pokazałem na Fot. #H2a z końca tego raportu #398. Przykładem drugiego (2) z najważniejszych "3 świadków", są moje teorie i filozofia totalizmu. Doprowadziły mnie one np. do ustalenia, które opisuje tzw. "drzewo życia" z "Kabały" - pokazane i omówione np. w punkcie #J5 bloga #299 i strony "petone_pl.htm". Owo zaś "drzewo życia" wyjaśnia, między innymi, jak Bóg steruje realizacją "losu" i "przeznaczenia" poszczególnych ludzi. Trzeci zaś (3) z tych najważniejszych "3 świadków", tj. Biblia, opisowi zasad jakimi Bóg się kieruje przy realizacji "losu" i "przeznaczenia" poszczególnych osób poświęca wiele wersetów - np patrz wersety 12:3 z "Księgi Rodzaju", 34:7 z "Księgi Wyjścia" - m.in. opisujący też karmę, 2:9 z "1 Koryntian", itd., itp. Poszerzeniem powyższych poświadczeń przez "3 świadków" są też owe ściśle związane z losem mojego ojca losy innych osób oraz rozwoje wydarzeń, które z przeżyciem tamtego bombardowania przez mojego ojca zostały powiązane łańcuchem przyczynowo-skutkowym. Do tej kategorii należą, między innymi, fakt że ja czyli syn Wincentego Pająk opracowałem filozofię totalizmu jaka istnieniem "losu" i "przeznaczenia" wyjaśnia jego przeżycie tamtego bombardowania. Innym przykładem dla tego powiązania losów i przeznaczeń odmiennych ludzi jest fakt, że to właśnie ja, syn Wincentego, jako jedyny wynalazca na Ziemi wynalazłem i inżyniersko rozpracowałem budowę i działanie gwiazdolotu magnetycznego zwanego "Magnokraft". Ten gwiazdolot jest opisany szerzej na mojej stronie internetowej "magnocraft_pl.htm" oraz w tomie 3 mojej monografii [1/5] upowszechnianej gratisowo stroną internetową "tekst_1_5.htm", a także pokazanego na naszym około półgodzinnym wideo "Napędy Przyszłości", z adresu https://www.youtube.com/watch?v=lBVQfl2bbtI i na naszym 4-minutowym wideo "How big is the Magnocraft", z adresu https://www.youtube.com/watch?v=hkqrVePSj6c . Z kolei napęd mojego gwiazdolotu Magnokraft, zgodnie z moimi wyliczeniami, około 2036 roku w ludzkich podróżach do gwiazd ma zastąpić dotychczasowy napęd rakietowy. Czyli zbudowanie mojego Magnokraftu zostało zaplanowane przez wszechwiedzącego Boga jako składowe mojego losu i przeznaczenia powiązanego z losem i przeznaczeniem mojego ojca, formując moim Magnokraftem duchową przeciwstawność rakietowych urządzeń napędowych dla niewolniczego budowania których mój ojciec został zamknięty w obozie pracy z Peenemünde i przeżył piekło opisywanego tutaj bombardowania.)
W czasach mojej młodości NIE było telewizji ani telefonów komórkowych, a ponadto starszyzna rodziny typowo żyła w tym samym domu co młodsze generacje. Jedną więc z tradycji rodzinnych młodzieży było wysłuchiwanie opowieści owej starszyzny. W ten sposób młodzież szybko nabywała wiedzy znacznie użyteczniejszej w prawdziwym życiu i znacznie żywszej, niż wiedza ze szkoły. Wiedza ta bowiem wywodziła się od kogoś, o kim wiedzieliśmy, że możemy ufać, ponieważ dobrze ich znaliśmy z codziennego życia. Ponadto pochodzenie tej wiedzy z osobistych przeżyć danej osoby było też potwierdzane przez praktycznie wszystkich pozostałych starszych uczestników danej rodziny.
Z opowiadań rodzinnych jakie na mnie wywoływały szczególnie duże wrażenie, były opisy mojego ojca noszącego nazwisko: Wincenty Pająk (18/3/1903 - 26/10/1981). Mój ojciec często bowiem nam opowiadał "jak" i "dlaczego" nocą dnia z 17 na 18 sierpnia 1943 roku przeżył on piekło bombardowania przez Aliantów "obozu pracy" więźniów wojennych (po angielsku popularnie zwanych POW) na niemieckiej wyspie Peenemünde - patrz trzy zdjęcia poniżej lub poszukaj w internecie https://www.youtube.com/results?search_query=peenemünde+bombing . Do obozu tego mój ojciec był wysłany przez Niemców na przymusowe roboty przy montażu rakiet V2 używanych potem do wystrzeliwania na Londyn - jak rakiety te wyglądały pokazałem na Fot. #H2a poniżej. Streszczenie opisów tamtych zdarzeń od wielu lat publikuję też w punkcie #B1 swej autobiograficznej strony internetowej o nazwie "pajak_jan.htm".
Zrządzenie losu mojego ojca, które zawiodło go do owego "obozu pracy" więźniów wojennych (tzw. POW - od angielskiego "Prisoners of War"), zaczęło się już w jego dzieciństwie. Był on bowiem najstarszym synem rodziny posiadającej aż 11 dzieci. Rodzinę tę cechowało to, co w języku angielskim nazywają "dysfunctional family", a co na polski się tłumaczy jako "dysfunkcyjna rodzina". Definicja słowa "dysfunkcyjność" stwierdza "coś co jest nienormalne, uszkodzone, osłabione, itp." Opisy cech takiej "dysfunkcyjnej rodziny" można wyszukiwać np. poleceniem: https://www.youtube.com/results?search_query=dysfunctional+family , albo poznać np. z 6-minutowego wideo o adresie https://www.youtube.com/watch?v=jvmrV1FB4l0 . Najważniejsze fakty o moim ojcu i jego rodzinie opisałem też w "Rozdział X" ze swojej autobiografii w PDF formacie upowszechnianej za darmo moją stroną o nazwie "tekst_17.htm". Sytuację tamtej rodziny dodatkowo pogarszało posiadanie aż 11 dzieci, oraz ogromnego obszaru ziemi, po wojnie z uprawiania której zaczęła żyć cała duża wioska uformowana głównie z uczestników owej rodziny. W rezultacie, jako najstarszy i najbardziej "zaradny" chłopiec, to mój ojciec Wincenty przejął obowiązek opiekowania się całym młodszym od niego rodzeństwem. Ale aby stać się takim "zaradnym", NIE miał on innego wyjścia niż dokonywanie tego na co inni ludzie nigdy by się NIE odważyli. Owa rodzina wytworzyła potem też jeszcze jednego, młodszego od mojego ojca a wysoce "zaradnego" syna, jednak ten NIE mieszkał razem z nimi w tym samym domu. Mieszkał u ich krewnych z okolic Lwowa - tj. z ówczesnego polskiego miasta obecnie będącego stolicą Ukrainy. Tam jego przedsiębiorczość już w młodym wieku pozwoliła mu zgromadzić sporą fortunę - którą jednak NIE dzielił się z resztą swej rodziny - tak jak czynił to mój ojciec. Widać z tego, że życie w "dysfunkcyjnej rodzinie" pomaga w zostaniu "zaradnym", jednak czy ktoś staje się "dodającym" jej uczestnikiem, czy też np. "snobkiem", zależy to od wartości jego duchowych motywacji. W czasach gdy ja już pracowałem, dowiedziałem się np., że jeszcze przed wybuchem drugiej wojny światowej ów drugi "zaradny" syn z własną fortuną podróżował po Azji (w tym i po Malezji, na uniwersytetach której ja wykładałem), aby w końcu wylądować w Brazylii, gdzie umarł w latach 1990-tych. To więc "los" już tak zadecydował, że tylko na moim ojcu spoczywał obowiązek troszczenia się o jego liczne młodsze rodzeństwo. To zaś budowało jego charakter. Od najmłodszych lat musiał więc ciężko pracować. Ponadto aby zdobywać potrzebne fundusze, sam nauczył się naprawiać maszyny, a także chałupniczo produkować wszystko co było niezbędne do życia a dało się wykonać z miejscowych materiałów. W rezultacie więc owo urodzenie się w "dysfunkcyjnej rodzinie" spowodowało, że mój ojciec stał się uniwersalnym wykonawcą i naprawiaczem praktycznie wszystkiego - tj. osobą jaka w polskim folklorze nazywana była "złotą rączką". Dzięki zaś temu, dla mnie stał się on żyjącym dowodem istotnej prawdy, którą stara się uświadamiać ludziom moja filozofia totalizmu, że "dobro jest też źródłem zła", zaś "zło jest też źródłem dobra" - czyli że symbolicznie "dobro i zło są przeciwstawnymi stronami tej samej monety".
Mój ojciec poznał moją matkę we wsi Cielcza koło Jarocina - patrz opisy tej wsi na mojej stronie "cielcza.htm". Cielcza położona jest blisko połowy wysokości Polski, poczas gdy wioska Koszarawa koło Żywca - z której mój ojciec się wywodził, leży w górach na południowym krańcu Polski. Drogowa odległość Żywca od Jarocina wynosi około 380 kilometrów. Ponadto przed powstaniem Polski, obie te miejscowości były składowymi odmiennych zaborów, tj. niemieckiego i austriackiego, stąd miały też nieco odmienną kulturę. Przykładowo koło Żywca edukacja pod zaborami była typowa dla zaboru austriackiego - tj. w szkołach dzieci uczyły się po polsku. Ale w zaborze niemieckim dzieci uczyły się po niemiecku. W rezultacie mój ojciec umiał mówić tylko po polsku, zaś moja matka płynnie mówiła, pisała i liczyła zarówno po polsku jak i po niemiecku. Mój ojciec tamten dystans około 380 kilometrów przebywał na piechotę w trakcie każdej z licznych swych podróży po przedwojennej Polsce, aby wędrując zarobić trochę pieniędzy sprzedając swe rzemielśnicze produkty. W owym poznaniu jego przyszłej żony, a mojej matki, również dużą rolę odegrał los i przeznaczenie. Moja matka miała bowiem już miejscowego narzeczonego, z którym wkrótce mieli się pobrać. Był on zamożny i starannie wychowany, jednak NIE był kimś, kto dla spotkania z moją matką by przeszedł piechotą niemal połowę wysokości Polski. Niemniej, chociaż rodzice mojej matki z miejsca bardzo polubili tego "zaradnego" i przystojnego podróżnego, moja matka długo NIE chciała nawet z nim rozmawiać. Aby więc poznać pocztowy adres mojej matki, mój ojciec udał się do ich sąsiadów i to od nich uzyskał jej adres. Potem zaczął zasypywać ją listami, nawet tylko otwierania kopert których moja matka odmawiała. Wówczas ponownie do działania wkroczył los i przeznaczenie. Rodzice mojej matki, czyli moi dziadkowie, zaczęli moją matkę uświadamiać o różnicach pomiędzy jej narzeczonym a owym przystojnym podróżnym, oraz przekonywać ją, żeby chociaż przeczytała owe listy i się dowiedziała co on w nich napisał. Jednocześnie zbiegły się inne sytuacje zmieniające los mojej matki. Np. jej narzeczony dowiedział się o licznych listach jakie do mojej matki przychodziły i to znacząco "ochłodziło" ich znajomość. W Cielczy zaczęły się też zdarzenia, jakie stworzyły wysokie zapotrzebowanie na kogoś o wiedzy i umiejętnościach mojego ojca. Mój zaś ojciec właśnie wówczas tam przybył w swojej kolejnej pieszej wędrówce po Polsce. A ojciec wówczas NIE tylko przyszedł piechotą, ale także przyniósł plecak z folklorystycznymi wyrobami, które sprzedawał po drodze aby zarobić trochę funduszy na utrzymanie licznych swych młodszych braci i sióstr. Jak zaś wygląda takie chodzenie i przekonywanie do czegoś obcych, ja sam poznałem szczegółowiej kiedy w 2014 roku wystawiłem swoją kandydaturę do parlamentu Nowej Zelandii jako tzw. "niezależny" (tj. "independent"). Jak też opisałem to np. w (2014/8/9) z punktu #N3 swej strony o nazwie "pajak_do_sejmu_2014.htm", oraz w punkcie #N4 bloga #246 i tamtej strony, moja "zero-dolarowa" kampania wyborcza polegała wówczas na osobistym pukaniu do drzwi mieszkańców lokalnego okręgu wyborczego, oraz przekonywaniu tych obcych dla mnie ludzi, że warto aby na mnie głosowali. Tylko w krótkim okresie owej kampanii wyborczej doświadczyłem więcej niż w całej reszcie swego życia prób bycia pogryzionym przez psy o jakich ich właściciele mnie zapewniali, że są przyjazne, oraz przeszedłem przez sytuacje w jakich dano mi wyraźnie poczuć co otwierający do mnie drzwi wyborcy naprawdę myślą o osobach, które pragną udoskonalać demokrację. Najwyraźniej wielu NZ wyborców już w 2014 roku intuicyjnie czuło to co w dzisiejszych czasach staje się oczywistym, tj. że obecne formy demokracji stały się ukrytą formą dyktatury - którą to filozoficzną prawdę najlepiej wyraża 16:51-min wideo "Theater of Mass Illusion: How the Dictatorship Disguised Itself as Democracy - Nietzsche", z adresu: https://www.youtube.com/watch?v=WpHVpP4fOwk . Chociaż więc wiem, że kontynuowanie dzisiejszej wersji demokracji wiedzie wprost do samozagłady całej ludzkości, wcale mnie rówocześnie nie dziwi, że dzisiejsi politycy nieświadomi jak to się skończy dla nich i dla ich najbliższych, wolą opierać swe kampanie wyborcze na pieniądzach będących korzeniami wszelkiego zła zgodnie z wersetem 6:10 z "1 Tymoteusza" w Biblii, wydając ogromne sumy na prowadzenie swych kampanii poprzez ekrany telewizorów i strony gazet, zamiast czynić to "zero-dolarowo" tak jak ja poprzez osobiste spotkania z wyborcami pukaniem do ich drzwi w celu upewnienia się iż ich działania NIE są duchowymi nosicielami następstw "fatalnego" typu - jakich zwiastunami są nieuzasadnione przypadki użycia pieniędzy. Wiem też, że w swych handlowych podróżach przez Polskę ojciec doświadczał podobnych potraktowań. Wracając więc do sytuacji w Cielczy, to z upływem czasu moja matka stopniowo uległa temu wszechstronnemu przekonywaniu i działaniom losu, oraz zgodziła się zacząć rozmawiać z moim ojcem. Nigdy też w swym dalszym życiu nie postąpiła ani nie wyraziła się, jakby żałowała tamtej swej zgody. Wkrótce potem odbył się ich ślub. Gdy mój ojciec już poślubił moją matkę, też zamieszkali razem we wsi Cielcza. Razem z moimi dziadkami zbudowali tam nowy dom. Wieś Cielcza oraz ich dom opisałem i zilutrowałem nieco szerzej na mojej stronie o nazwie "cielcza.htm". Do chwili wybuchu drugiej wojny światowej urodziło im się już czterech synów, a moich starszych braci. Umiejętności naprawiania przez ojca praktycznie wszystkiego, spowodowały że stał się sławnym "naprawiaczem" wszystkiego co się popsuło w całej okolicy wioski Cielcza.
Kiedy wybuchła druga wojna światowa, mój ojciec będący wówczas już rezerwistą, został powołany do wojska aby bronić Polski jako strzelec RKM (tj. ręcznego karabinu maszynowego). Zawsze był on celnym strzelcem - o czym wiem ponieważ po owej wojnie mieliśmy niemiecką wiatrówkę firmy o nazwie "Diana" (dla niej NIE potrzeba było mieć pozwolenia na broń). Wiatrówką tą ojciec jednym strzałem zestrzeliwał półdzikie gołębie hodowaniem których na strychu naszego domu uzupełniał w "proteiny" nasz jadłospis rodzinny. Potem jednak gołębie zastąpił świniakami. Znudziło mu się bowiem oczyszczać z gołębich odchodów, gniazd i piór poddasza domu w jakim mieszkały jego gołębie - zaś w reszcie tego domu mieszkaliśmy i my. Niestety RKM przydzielony ojcu we wojsku, nie był tak efektywny na niemieckie czołgi jak wiatrówka "Diana" była na gołębie. Natychmiast po powołaniu do wojska, jego jednostka była pośpiesznie skierowana do obrony jakiegoś istotnego mostu na sporej i głębokiej rzece. Ojciec albo NIE znał nazwy tej rzeki, albo mi ją podał, tyle że z upływem lat ja nazwę tę zapomniałem. Teraz jednak, widząc jak wysoce symbolicznie Bóg zaprojektował całe życie mojego ojca, posądzałem, że rzeka ta nosiła nazwę "Warta". Powodem jest, że polskie słowo "Warta" niezależnie od znaczeń "czuwający" i "chroniący" (po angielsku "watchmen", "guards", m.in. oznacza też: "bądź przygotowany do obrony przed agresywnym wrogiem" - który to nakaz jest zawarty we wersetach Biblii do przestrzegania przez wszystkich służących Bogu. Empirycznie zaś istnienia tego nakazu dowodzi też np. opisana m.in. w {7#G1} z punktu #G1 mojego bloga #396 i strony internetowej o nazwie "love_pl.htm", długość życia fińskiego strzelca wyborowego Simo Häyhä nazywanego "biała śmierć". Tak więc wojenne losy mojego ojca NIE miały ilustrować, "jak efektywnie się bronić przed agresywnym najedźcą", a raczej ilustrować ostrzeżnie "co się stanie jeśli ludzie zaniedbają przygotowanie się do agresji jakiegoś przez tysiąclecia wrogiego im najeźdźcy i okupanta" - tak jak cała ludzkość czyni to w obliczu jej obecnego zagrożenia wrogiem udającym jej pomocników, zaś zilustrowanego np. na wiele mówiącym 36:12-minutowym wideo "EARTH IS NOT SAFE", z adresu https://www.youtube.com/watch?v=f-KDL0ND3Nc . Powyższa logika nasunęła mi więc posądzenie, że jednostka wojskowa z Jarocina - składową której był mój ojciec, miała powstrzymywać przeprawienie się wojsk niemieckich właśnie przez most na rzece Warta. Dlatego pisząc niniejsze słowa w dniu 2026/9/20 podyskutowałem sobie z "googlowskim AI", pytając gdzie znajduje się najbliższy od Jarocina most przez rzekę Warta - który z całą pewnością istniał już w 1939 roku. AI mi odpowiedziała, że przy polskiej miejscowości (tj. miasta od około 1300 roku, zaś już tylko wsi po 1934 roku) myląco dziś zwanej "Nowe Miasto" - odległej o 17 kilometrów na północ od Jarocina. Wiedząc też o rodzaju misji, którą Bóg wyznaczył do wypełnienia przez mojego ojca, zrozumiem też dlaczego na miejsce ich walki wybrany został właśnie tamten most. Od ojca wiem także o jego rezerwowej jednostce, że niestety NIE mieli już, ponieważ NIE otrzymali na swoją obronę, ani działka przeciw-pancernego, ani nawet materiału wybuchowego aby most ten wysadzić w powietrze. Kiedy zaś domaszerowali do tego mostu, NIE zdążyli się nawet przy nim okopać, a Niemcy już też tam byli na drugiej stronie rzeki. Zaczęli też zaraz ostrzeliwać jednostkę ojca ze swych czołgów. Tymczasem najważniejszą bronią jaką miała polska strona był ów RKM mojego ojca. Jeśli dobrze pamiętam opowiadanie mojego ojca, to ów RKM wyprodukowany był w Belgii. Jednak jego kule tylko odbijały się od pancerzy czołgów NIE czyniąc Niemcom żadnej szkody. Będąc więc pod intensywnym ostrzałem z czołgów Niemców i widząc iż ich czołgi przygotowują się do przejazdu przez most, Polacy chcieli most ten wysadzić. Ale NIE mieli żadnego materiału wybuchowego. Próbowali więc choć most ten uszkodzić granatami ręcznymi, ale nawet to im się NIE udało wystarczająco efektywnie do zatrzymania przejazdu czołgów. W rezultacie jednostka ojca została już częściowo tam rozbita jedynie ostrzałem czołgów z drugiego brzegu owej rzeki. Czołgi zaś przeciwnika wyraźnie przygotowywały się do przetoczenia przez ów most. Ojciec dalej opowiadał, że wówczas ich dowództwo zdecydowało się wycofać z tamtego brzegu rzeki NIE dającego żołnierzom żadnej osłony, do najbliższej wioski leżącej niedaleko od tego mostu. Po wycofaniu się reszty jej nadal żywych żołnierzy do owej niedalekiej wioski, ich dowództwo wymyśliło, że powinni stworzyć tam klasyczną pułapkę. Nie wierzyli, że istnieje jakiekolwiek inne wyjście. Przez wieś tą wszakże wiodła jedyna droga od owego mostu, zaś czołgi po drodze jadą szybciej niż wojsko maszeruje po niej na piechotę. NIE trzeba było więc aż wojskowej inteligencji aby się domyślić, że Niemcy też starali się będą przez wioskę tę przejeżdżać. Polacy podjęli więc stwarzanie tam zasadzki. NIE pamiętam aby ojciec wyjaśnił mi jaka była strategia tej zasadzki. Zresztą ja byłem wówczas zbyt młody aby dowolną strategię zrozumieć. Po dorośnięciu jednak przeszkolono mnie na oficera polskiego wojska, oraz znam też dalszy przebieg zdarzeń opowiadanych nam przez ojca. Domyślam się więc, że polskie dowództwo rozmieściło swe "gniazda oporu" na kształt litery U w domach po obu stronach drogi wjazdowej do owej wioski. Spód zaś tego U stanowiła publiczna studnia zlokalizowana w centrum owej wioski, poza którą ustawili najlepszą broń jaką dysponowali, tj. mojego ojca i jego RKM. Natomiast górę owej zasadzkowej litery U stanowił otwarty dla Niemców wjazd do owej wioski tą jedyną drogą. Dowództwo liczyło zapewne, że ustawiając RKM na wprost tego wjazdu w pułapkę stworzy im doskonałe pole ostrzału, a stąd i szansę powstrzymania Niemców. Jedyne czego dowództwo NIE przewidziało, to że Niemcy odnotowali, że siły Polaków wycofały się do owej wioski, a stąd łatwo zgadnęli, że będzie tam czekała na nich militarna zasadzka. Zamiast więc jak w podczas defilady transportować swych żołnierzy w kolumnie ciężarówek drogą przez wioskę dla łatwego ich wystrzelania przez Polaków, zorganizowali umiejętne natarcie. W natarciu tym ich czołgi osłaniały atakującą piechotę, zaś lotnictwo dodatkowo wspierało ich atak. W pole ostrzału RKM wjechały więc tylko niemieckie czołgi, od których kule RKM ojca nadal jedynie się odbijały NIE czyniąc im żadnej szkody. W międzyczasie ich piechota pod osłoną owych czołgów i samolotów radziła sobie z polskimi żołnierzami z owej górnej części pułapkowej litery U. Widząc, że szybko zbliżających się i celnie strzelających Niemców nic już NIE było w stanie zatrzymać, moj ojciec zdecydował się zaryzykować ucieczkę. Aby odciążyć się podczas biegnięcia jakiego ucieczka wymagała, a jednocześnie aby doskonały RKM nie dostał się w ręce wroga, ojciec wrzucił go do studni po uprzednim wyciągnięciu z niego zamka. Potem wykorzystując zasłonę pobliskich budynków wioski pobiegł w kierunku lasu - który widział na horyzoncie. Kiedy jednak oddalił się od zasłaniających go budynków, będąc już w niemal środku płaskiego pola, wypatrzył go pilot jednego z owych niemieckich samolotów wspierających ich natarcie i zaczął ostrzeliwać. Samolot leciał tak nisko, że ojciec widział twarz roześmianego jego sytuacją pilota. Najwyraźniej "zapolowanie" na tego uciekającego polskiego żołnierza, u którego NIE widział żadnej broni, niemiecki pilot uznał za podniecającą go rozrywkę podobną do podnieceń jakich doświadcza dzisiejsza młodzież bawiące się "wojenkami" z gier komputerowych. W pierwszym jednak przelocie zrządzeniem losu samolot chybił ojca. Zanim zaś pilot zdołał zawrócić, mój ojciec dostrzegł niską kupkę kamieni na polnej miedzy, położył się więc za nimi - choć wysokość tej kupki z trudnością go chroniła nawet na leżąco. Na szczęście samolot nadlatywał poziomo tzw. "lotem koszącym". Choć więc kule odbijały się od owych kamieni, żadna NIE trafiła mojego ojca. Po kilku takich nawróceniach samolotu, podczas których mój ojciec przeskakiwał na przeciwstawną stronę owej kupki kamieni, amunicja w samolocie się skończyła i jego pilot nie miał innego wyjścia niż odlecieć do bazy. Po jego odlocie, mój ojciec dobiegł do lasu. Potem w jego drodze do domu w Cielczy kierował się doświadczeniem zdobytym podczas uprzednich pieszych wędrówek po Polsce. Ojciec nigdy NIE wspomniał aby podczas zdarzeń tamtej krótkiej walki otrzymali cokolwiek do jedzenia. Posądzam więc, że z pośpiechu owej mobilizacji NIE otrzymali także żadnych "żołnierskich racji" żywnościowych - na przekór istnienia sarkastycznego powiedzenia, że "wojsko maszeruje na swych żołądkach". Piszę to ponieważ ojciec mówił mi też, że z głodu zjadł wtedy jakieś surowe buraki, kilka z których znalazł i wykopał sobie na jednym z pól. Jednak te buraki trwale uszkodziły mu żołądek - widać dla istotnego powodu ostrzegają nas powiedzenia stwierdzające: "na każdy posiłek trzeba sobie zapracować" (np. rozważ angielskie: "there is no such thing as free lunch"). Poza tym brakującym mu jedzeniem, już bez żadnych następnych trudności, wędrując głównie lasami, dotarł z powrotem do ich domu ze wsi Cielcza.
Kiedy w datowanym powyżej dniu wypytywałem googlowskie AI o ów most na rzece Warta, zapytałem także, czy w centrum najbliższej do mostu na Warcie miejscowości "Nowe Miasto" była jakaś studnia. AI odpowiedziała - dosłownie cytuję tu jej wypowiedź, bowiem zachowałem sobie jej całość w "Bookmarks" swego komputera: "Centralnym punktem miejscowości był czworoboczny rynek (dzisiejszy "Plac 20 Października"), wokół którego stały murowane i kamienne kamieniczki. Zgodnie z tradycją dawnych wielkopolskich miasteczek, to właśnie w centralnej części rynku znajdował się ogólnodostępny punkt poboru wody – charakterystyczna miejska studnia (często w formie obudowanej pompy publicznej). Służyła ona nie tylko mieszkańcom okolicznych domów, którzy nie mieli własnych ujęć, ale była też kluczowym miejscem pojenia koni podczas odbywających się na rynku targów.". Inymi słowy, to w owej studni na jej dnie albo tkwi do dzisiaj, albo też był odzyskany kiedyś wcześniej podczas jej oczyszczania, RKM mojego okca pozbawiony zamka. Podaję tę informację na wypadek gdyby ktoś zdecydował się sprawdzić parawdomówność słów mojego ojca (co do której ja jestem absolutniue pewien). Albo też, gdyby np. lokalne władze "Nowego Miasta", lub np. władze Wszewilek czy Stawczyka koło Milicza - gdzie po wojnie Wincenty Pająk mieszkał i pracował w lokalnych wodociągach, zdecydowały się stworzyć własne muzeum na wzór Nowej Zelandii. W Nowej Zelandii bowiem niemal każda miejscowość posiada swoje lokalne muzeum. Przyciaga ono turystów, oraz jest miejscem gdzie w niedziele można się wybierać dla rozrywki, nauki i poznania przeszłości miejsca w którym się żyje. Prawdziwa zaś broń użyta we wojnie zawsze przyciąga uwagę w każdym muzeum - np. patrz "pepesza" z "Fot. #E2 na mojej stronie "bitwa_o_milicz.htm". W omawianym tutaj przypadku, muzeum takie mogłoby zostać zainicjowane eksponatem RKM z owej studni w "Nowym Mieście". Wszakże powinno być relatywnie łatwe pozyskanie tego historycznie dobrze udokumentowanego eksponatu RKM po polskim POW - którego to POW jego "los" i "przeznaczenie" przyznawane ocenieniem go przez Samego Boga wybrały dla honoru i przykładu stania się jedynym Polakiem który przeżył spartaczone bombardowanie Peenemünde. (Ewentualnie - pozyskanie tego co się ostało po tym RKM po ponad 87 latach spędzonych na dnie studni.) Szczerze mówiąc, to niniejsze moje perswadowanie Polakom korzyści wynikających ze zakładania w swoich miejscowościach lokalnych muzeów jest już kolejnym po kilku poprzednich takich moich perswadowaniach, każde z których NIE wzbudziło jakiegokolwiek dotąd zainteresowania czy choćby reakcji. Polacy mają widać wysoką odporność na zarażanie się ideami jakie "dodająco" się już posprawdzały w innych krajach.
Inna ciekawostka, to że ja będąc we wieku równym wiekowi kiedy mój ojciec przeżył tamto ostrzeliwanie z niemieckiego samolotu, także w moim życiu miałem okres mar nocnych. Przez długi czas nocami wówczas śniło mi się, że jestem na dużym pustym polu, a jakiś samolot strzela do mnie ze swych karabinów maszynowych, zaś ja staram się ukryć poza niską kupą kamieni. Potem jednak owe mary nocne całkiem ustały. To, a także bardzo podobne przeżycie mojej byłej żony istotnego zdarzenia z młodości jej matki, oraz inne przypadki z jakimi Bóg pomógł mi się zapoznać, empirycznie mi potwierdziły, że pamięć może być nam przekazywana przez generacje naszych przodków, lub przez minione życie, za pośrednictwem naszych genów oraz naszej duszy. Wyjaśniło mi to też m.in., skąd się bierze tzw. "syndrom zagranicznego akcentu" - patrz https://www.google.pl/search?q=foreign+accent+syndrome jaki opisałem, m.in., w punkcie #F11 bloga #310 i strony "soul_proof_pl.htm".
Po powrocie do Cielczy mój ojciec jednak NIE zaznał spokoju. Wiedząc bowiem, że jako rezerwista walczył on na froncie, poszukujący niewolniczych robotników i fachowców Niemcy go aresztowali. Dowiedzieli się także o jego zdolnościach naprawiania wszystkiego. Po więc przetestowaniu jego zdolności naprawczych, odesłali go do obozu pracy w Peenemünde. Ja wierzę, że tamto jego uwięzienie i odesłanie do "obozu pracy" nastąpiło na zasadach "jeńca wojennego" po angielsku nazywanego "Prisoner of War" (albo w skrócie POW). To dlatego ja nazwy POW używam dla określenia statusu jego skazania na tamte roboty i pobytu w Peenemünde. Wszakże aresztowany został i skazany na przymusowe roboty właśnie pod zarzutem udziału we wojnie przeciwko Niemcom jako polski żołnierz. Jednak tak naprawdę to ja NIE wiem jaki dokładnie status uwięzienia mój ojciec faktycznie otrzymał. Z definicji bowiem POW wynika, że w chwili aresztowania lub poddawania się, powinni oni być ubrani w mundur wojskowy danej armii, zaś ich pochwycenie ma nastąpić podczas gdy działają militarnie. Tymczasem mój ojciec w chwili aresztowania był już w swym cywilnym ubraniu i aresztowany został w swym własnym domu dopiero w jakiś czas po przejściu linii frontu. Na dodatek jego żona (czyli moja matka), a także jego teściowa (czyli moja babcia), doskonale znały język niemiecki bo się wychowały w zaborze niemieckim, miały podstawową edukację niemiecką, oraz aż do czasu gdy po rozbiorach kraj Polska ponownie się odrodziła ze zaborów, one pracowały w majątkach Niemców. Gdy więc Niemcy po przejęciu Jarocina i Cielczy oraz rozpoczęciu okupowania tych miejscowości, przyszli aresztować mojego ojca, obie te kobiety zdecydowanie stanęły w jego obronie i podobno długo, logicznie, mądrze i z respektem przekonywały aresztujących go Niemców, dlaczego ojciec NIE powinien być zabrany z jego własnego domu. Niestety, ich argumenty NIE powstrzymały działania niemieckiej maszyny okupacyjnej, aczkolwiek uwypukliły działanie tej maszyny jako automatyczne i zupełnie niewrażliwe na logikę, indywidualną sytuację, ani humanitarne okoliczności dotykanych przez nią ludzi. Teraz jedynie możemy im współczuć, że NIE wykazywali bardziej humanitarnych zachowań. Kiedy bowiem już pokazali światu swą naturę, spotkał ich podobny los jak wszystkich co świadomie zasiewają zło. Np. los jaki spotkał jednego z nich w Cielczy, opisałem w punkcie #H3 swej strony o nazwie "cielcza.htm". Chociaż więc "siły zła" ukrywają przed ludźmi prawdę, że Bóg NIE tylko powtarzalnie ostrzega i empirycznie ilustruje jaki los czeka tych, którzy świadomie służą w jakikolwiek sposób czynieniu zła, ciągle pomimo tego zbyt duża ilość osób NIE wyciąga poprawnych wniosków z tych ostrzeżeń oraz ilustracji i dalej podejmuje służenie "mocom zła". Jakże więc się NIE dziwić, że w dzisiejszych jakoby "nowoczesnych czasach", nadal na Ziemi panują wojny, zabijanie i wyniszczanie, podobne do tych jakie panowały już około 2000 lat temu w czasach Jezusa.
W owym obozie z Peenemünde, pracując przy rakietach V2 i wiedząc, że są one używane do ostrzeliwania Londynu, mój ojciec trafnie przewidywał, że zbombardowanie tego obozu przez Aliantów pozostaje jedynie kwestią czasu. Z góry więc sobie zaplanował jak się zachowa kiedy owo bombardowanie nastąpi. Jakimś zaś zrządzeniem losu było mu wiadomo, że: nigdy dwie bomby NIE spadają na to samo miejsce. Zaplanował więc, że kiedy spadną pierwsze bomby, wybiegnie z baraku i wskoczy do najbliższego leja po bombie. Kiedy więc bombardowanie faktycznie się zaczęło, tak też uczynił jako jedyny więzień z jego baraku. Pozostali więźniowie bowiem schronili się pod stoły i pod łóżka - za co przypłacili swym życiem. Ciekawe, że i tamto ojca zachowanie ja też miałem zakodowane w swoich genach. Kiedy bowiem mieszkając już w Nowej Zelandii, o północy 13 listopada 2016 roku zaczęło się potężne trzęsienie ziemi powodujące iż nasz dom z cegły wyglądał jakby miał się rozsypać na nasze głowy, ja też NIE chowałem się pod stołem ani pod łóżkiem - tak jak byliśmy instruowani przez kampanię w TV. Zamiast się chować, ja instynktownie natychmiast wybiegłem na zewnątrz niemal niosąc na rękach moją oszołomioną żonę, zaś nasz kot wybiegł za nami - tak jak opisałem to m.in. w punkcie #R2 mojego bloga #278 i strony "quake_pl.htm". O tym, że wybiegnięcie z baraku i wskoczenie do leja uratowało życie mojego ojca, ujawniły nam jego opowiadania. Jak bowiem wyjaśniał, w Peenemünde bomby spadały równie gęsto, długotrwale i intensywnie, jak gradobicie, zaś nawet woda się tam paliła. Później się dowiedziałem, że na polski faragment obozu jeńców w Peenemünde spadła większość i to najcięższe ze zrzuconych tam bomb - tak jakby "moce zła" chciały się upewnić, że mój ojciec NIE wyjdzie stamtąd żywy. Barak z jakiego ojciec wyskoczył był trafiony niemal natychmiast po tym jak on wskoczył do leja. Odłamki zaś bomb, fragmenty pobliskich baraków, oraz kawałki ciał jego kolegów współwięźniów, z gwizdem przelatywały nad lejem w jakim się schronił. Tak jednak jak przewidywał, druga bomba już NIE spadła do jego leja. Przetrwał więc bez uszkodzeń ciała, a jedynie oszołomiony i ogłuszony potężnym hukiem. Kiedy piekło się skończyło a bombowce odleciały, wydostał się z leja, oczyścił swój więźniarski "pasiak" ze ziemi i kawałków ciał jego kolegów współwięźniów i wyruszył aby poszukać kogoś kto także przeżył. Jedyne co jednak zobaczył, to fragmenty ciał innych więźniów, a także iż z baraków obozu NIE pozostała nawet jedna cała cegła ani deska, zaś wszystkie płoty ogradzające obóz były kompletnie zniszczone. Do dziś w lesie który potem wyrósł na byłym miejscu owych baraków, a zdjęcie jednego z lejów z polskiej części którego pokazałem na Fot. #H2b poniżej, panuje dziwna cisza - widać nawet ptaki odmawiają tam radosnego śpiewania. Osoba, która na moją prośbę sfotografowała lej z "Fot. #G2a" powiedziała mi także, że fotografując tamtejsze leje czuła dziwne uczucie grozy i przygnębienia. Z pewnością więc panuje tam unikalna atmosfera duchowa. Oczywiście, ciszę tę ateistyczne "moce zła" np. w internecie tłumaczą "racjonalnie" - zgodnie ze swoją strategią "zaprzeczaj każdej prawdzie oddzielnie, a ludzkość się w twych kłamstwach NIE połapie". Ateistyczne tłumaczenie ciszy w lesie z Peenemünde NIE jest jednak w stanie wyjaśnić np. podobnej ciszy w zupełnie od niego odmennych warunkach obozu koncentracyjnego Oświęcim z Polski.
Nie widząc więc nikogo kto przeżył, mój ojciec zdecydował się wracać piechotą do domu w Cielczy - nadal ubrany w swoją pasiastą więzienną niby "piżamę". Pamiętał gdzie znajduje się most, tam więc się udał. Peenemünde wszakże jest wyspą. Nie przewidział jednak, że na moście będzie ukryty posterunek nadal obsadzony żywymi Niemcami. Kiedy jednak do niego dotarł, Niemcy już wiedzieli, że bombardowania nikt NIE przeżył. Zamiast więc natychmiast go zastrzelić - tak jak Niemcy mieli to w zwyczaju widząc kogokolwiek wędrującego we więziennym "pasiaku", postanowili najpierw sprawdzić jak to się stało, że on nadal jest żywym. Wzięli go na posterunek, gdzie wypytywali czy jest szpiegiem angielskim oraz jakie ma on powiązania z Londynem, że zostawili go żywym kiedy zabombardowali na śmierć wszystkich pozostałych. Kiedy zaś wyjaśniał, że NIE ma nic do czynienia z Anglikami, oraz opisywał im, że przeżył tylko ponieważ wskoczył do najbliższego leja po bombie, kazali mu się kłaść na tzw. "koźle", liczyć po niemiecku ile razy pałką oberwał w swój tyłek, zaś dwoje w czarnych mundurach na zmianę okładali go pałkami aż ze zmęczenia musieli się zmieniać w tym biciu wymagającym ich wysiłku. Ja już w dorosłym wieku oglądnąłem sobie takiego "kozła" wyeksponowanego w obozie koncentracyjnym z "Stutthof" przy polskiej "Mierzei Wiślanej" - widoki tego obozu można wyszukiwać np. rozkazem https://www.youtube.com/results?search_query=Stutthof . Uważnie sprawdziłem tam jak taki kozioł wygląda. Pamiętałem bowiem tamte opowiadania mojego ojca i wyobrażałem sobie jak się czuli przeliczni więźniowie leżący na takim koźle i okładani pałkami aż ci co ich bili musieli odpoczywać ze zmęczenia tym okładaniem. Jednak patrząc na owego "kozła" z mieszanym uczuciem pamiętałem też, że w swej młodości, kiedy ojciec opowiadał nam jak na takim "koźle" go bili, mi to bicie wydawało się wysoce zabawnym. Wyobrażałem sobie bowiem wówczas tylko jak mój ojciec musiał się koncentrować aby poprawnie liczyć po niemiecku ile razy oberwał tymi pałkami - chociaż wiedziałem, że mój ojciec niemal NIE znał języka niemieckiego i nawet liczenie w owym języku przychodziło mu z wielką trudnością. Szczęśliwym zrządzeniem losu m.in. także i dla mnie, czyli dla jego syna - który wówczas jeszcze się NIE urodził, Niemcy mieli spory szacunek do fachowców. Wiedzieli bowiem że do Peenemünde byli odsyłani wyłącznie więźniowie o najwyższych technicznych umiejętnościach. W końcu uwierzyli więc i we wyjaśnienie mojego ojca, że przeżył bombardowanie ponieważ pośpiesznie wskoczył do leja po pierwszej bombie. Sam mój ojciec bowiem też w to silnie wierzył. Jednak ja tutaj się przyznam, że mój totalizm skłonił mnie abym przestał w to wierzyć, a zaczął wierzyć w to co potwierdziłem "3 świadkami" w "motto" niniejszego raportu #398. Mianowicie zacząłem wierzyć iż były to jego "los", "przeznaczenie" i "karma" jakie go uratowały - co mi też podpowiada, że nawet gdyby NIE wybiegł z tamtego baraku i NIE wskoczył do owego leja po bombie, to też by przeżył tamto bombardowanie. Miał bowiem zbyt istotną misję do wypełnienia aby umrzeć zanim ją wypełnił, a ponadto jako dobro czyniąca osoba NIE miał "złej karmy" aby stracić życie z jej powodu. Z jego opowiadań wiem także, że w Cielczy mój ojciec miał też jeszcze inny przypadek, kiedy on siedział, a uzbrojony kryminalista podszedł i od tyłu strzelił do niego niemal przykładając mu lufę do głowy, jednak zamiast głowy tylko przestrzelił mu dłoń - z powodu którego to zdarzenia w sądzie Jarocina przed wojną odbyła się wiele mówiąca rozprawa tego kryminalisty. W Nowej Zelandii koło Dunedin miałem też znajomego, który mi opowiadał jak kiedyś siedział przy kierownicy samochodu, zaś ktoś strzelał do niego wsadzając lufę przez uchylone okno przy kierowcy i też go chybił. Takie przypadki sugerują, że gdyby mój ojciec NIE miał owego "leja" jako wymówki, wówczas zapewne "los" by mu podsunął jakąś inną wymówkę aby "niewierzący" mogli zachowywać swoją "wolną wolę". Wszakże w tamtych czasach tylko sam "lej" jeszcze go NIE uratował przed zostaniem rozstrzelanym. Kiedy bowiem ci w czarnych mundurach decydowali co z nim uczynić, ponownie jego "los" i "przeznaczenie" podsunęło im "logikę" i kierunek ich "myślenia". Te implikowały, że zwykłe jego rozstrzelanie byłoby marnowaniem umiejętności jakie wówczas były potrzebne niemieckiej gospodarce, oraz że zamiast go rozstrzelać, znacznie korzystniej jest odesłać go do pracy w jakichś zakładach naprawczych z pobliskiego miasta (co zapewne, owym decydującym o jego losie też uratowało później ich życie, jako że NIE wygenerowali dla siebie "karmy uśmiercenia"). Tym pobliskim miastem było obecne polskie miasto nazywane "Świnoujście".
W niemieckiej firmie ze "Świnoujścia" jego umiejętności naprawiania wszystkiego jeszcze się powiększyły. Jego życie też nieco się poprawiło. Przykładowo, NIE ubierał już "pasiaka" jako ubrania, a jako odzież dostał cywilne ubranie. Tyle, że jego marynarka z lewej strony na piersi miała żółtą romboidalną naszywkę o kształcie zwanym "diament" z dużą literą "P". Potem już po wojnie w naszym rodzinnym domu ojciec sprezentował sam sobie drewnianą okutą walizkę aby używać ją jako "kufer na skarby". We walizce tej trzymał wszystkie swoje "skarby" o sentymentalnej wartości. Czasami pokazywał mi jej zawartość - prawdopodobnie aby mnie NIE kusiło ją otworzyć i coś mu z niej zabrać. Z tego co pamiętam, oprócz zdjęcia mojej mamy z czasów jej młodości, zdjęć wszystkich sześcioro swych dzieci, oraz niemieckich kartek na zakup żywności jakich NIE zdążył zrealizować bo wyzwolenie właśnie nadeszło, była tam też owa czarna litera "P" na kształcie rąboidalnej żółtej naszywki. Jak więc celebrował tę poprawę swego życia w Świnoujściu. Ano, w niedziele udawało mu się wychodzić z firmy na miasto. Aby NIE być zatrzymywanym, ową naszywkę i literę "P" zakrywał teczką jaką nosił pod lewą pachą. Jako nałogowy palacz papierosów, z tych wyjść na miasto bardzo się cieszył. Dzięki nim mógł bowiem nazbierać sobie z ulicy i z chodników nieco tego co on gwarą nazywał "sztumle" - a co było niedopałkami papierosów porzuconymi przez Niemców. Potem z tych niedopałków przez resztę tygodnia skręcał sobie i palił swe "niby papierosy". Ponieważ były one silnie nasycone nikotyną nabrał od nich nawyku do "mocnego" tytoniu. Dlatego po wojnie zaczął palić tylko polskie papierosy o nazwie "Mazury". Jeśli dobrze pamiętam to potem, z powodu mocy ich tytoniu, produkowanie tej marki zostało zakazane. To zapewne owe "Mazury", oraz chroniczna choroba żołądka, spowodowały, że NIE dożył nawet 80 lat. Ponadto, w owym Świnoujściu zdobył jakoś skrzypce, na których umiał grać od czasów swej młodości. Skrzypce te potem przyniósł do domu we Wszewilkach. NIE były bowiem tak ciężkie jak karabin maszynowy (RKM). Być może iż przetrwały one w naszym domu rodzinnym na Wszewilkach nawet do dzisiaj - choć oprócz ojca nikt w naszej rodzinie NIE umał na nich zagrać. Ja dobrze pamiętam jak lubiał na nich grać wieczorami. Najbardziej ulubioną jego melodią był "Czardasz Żywiecki" - bardzo podobny do melodii z adresu https://www.youtube.com/watch?v=sF-GFcqe83s . Melodię tę z wielkim sentymentem publikuję na swej stronie o nazwie "p_l.htm" - gdzie na Fot. #1 pokazałem także zdjęcie mojego ojca grającego na tych skrzypcach, wykonane podczas wojny w ich mieszkaniu z poddasza niemieckiej firmy w Świnoujściu. Niestety "moce zła" wiedząc o sentymencie jakim otaczam ową melodię, nieustannie mi sabotażują tę stronę "p_l.htm" - aż do obecnej sytuacji, że zmęczony tymi nieustającymi sabotażomi zaprzestałem dalszego naprawiania jej uszkodzeń. W owej firmie ze Świnoujścia moj ojciec przetrwał do końca wojny.
Natychmiast po ogłoszeniu pokoju, mój ojciec po raz już trzeci od rozpoczęcia wojny, wybrał się piechotą do domu w Cielczy. Pociągi wszakże wówczas jeszcze NIE zaczęły kursować. A odległość pomiędzy miastem Świnoujście leżącym przy wybrzeżu morza Bałtyk, a wsią Cielcza koło Jarocina, jeśli idzie się drogami, wynosi około 420 kilometrów. Niesienie zaś na plecach worka z delikatnymi skrzypcami NIE ułatwiało tej wędrówki. Pamiętać też trzeba, że w tym czasie wszędzie wałęsały się niedobitki niemieckiego wojska, najróżniejsi uciekinierzy i rabusie, oraz maruderzy z rosyjskiej armi. Niemal każdy zaś z nich gotowy był zabić jeśli zobaczył dla niego coś użytecznego. Co gorsza, kiedy ojciec dotarł piechotą do Cielczy, moi dziadkowie - którzy nadal mieszkali w domu jaki razem z nimi tuż przed wojną ojciec tam budował, poinformowali go, że jego odważna żona i wszystkie czworo jego dzieci, razem ze zakupioną w Cielczy brązowo-białą krową żywicielką zwaną "Bestra" (wierną i ufną naturę której ja do dzisiaj pamiętam - często ją bowiem wypasałem na łąkach Wszewilek) wybrali się do wsi Wszewilki koło Milicza (patrz opisy Wszewilek na mojej stronie "wszewilki.htm"). Ojciec więc natychmiast wyruszył pieszo z Cielczy do Wszewilek z "dzikiego zachodu" tzw. "ziem odzyskanych" w Polsce, czyli przez dystans następnych około 80 kilometrów, aby dodać bezpieczeństwa swej rodzinie. Dobrze, że to uczynił, bowiem dom jaki matka tam otrzymała od władz leżał na uboczu. Krótko przed dotarciem tam ojca dom ten starał się obrabować uzbrojony rosyjski maruder straszący swą "pepeszą", ale któryś z dzieci zdołał mu umknąć i zwołać sąsiadów. Maruder więc się wycofał bez rozpoczęcia strzelaniny. Na dodatek przez wiele następnych lat koło Wszewilek sekretnie działała grupa niemieckiego "Werwolf" (tj. Wilkołaków). Ta zaś specjalizowała się w powodowaniu, że ci co im podpadli - w tym początkowo głównie Niemcy jacy NIE uciekli w głąb Niemiec a wybrali pozostanie na miejscu, popełniali "samobójstwo" poprzez albo położenie się pod pociąg na torach kolejowych, albo poprzez "skręcenie własnej szyi" - tak jak opisałem to w punkcie #E2 bloga #262 i strony "wszewilki.htm". W sumie więc w trosce o swą rodzinę natychmiast po wojnie mój ojciec przemaszerował piechotą około 500 kilometrów, czyli niemal całą wysokość kraju Polska. Wszakże całkowita drogowa wysokość Polski, mierzona np. odległością pomiędzy Gdańskiem z północnego wybrzeża Polski, a Zakopanym z południowej jej granicy, wynosi około 700 kilometrów.
Polakom chętnym do zamieszkania na tym ówczesnym "dzikim zachodzie" tzw. "ziem odzyskanych", Polskie władze rozdawały za darmo poniemieckie domy. Jeden z takich domów, w którym ja się urodziłem w 9 miesięcy po dotarciu tam mojego ojca, moja zaradna matka już otrzymała zanim mój ojciec też tam dotarł. Domy te przydzielano nawet samotnym kobietom, bowiem zaraz po wojnie było bardzo wiele "wojennych wdów". Tylko we Wszewilkach gdzie ja się urodziłem żyło ich kilka. A kilka jeszcze innych, najprawdopodobniej będących oryginalnymi właścicielkami swych domów - tj. "autochtonkami" które NIE uciekły w głąb Niemiec i być może tym naraziły się "Werwolf", wcześniej tuż po przejściu frontu, tj. zanim nowe polskie władze zdołały zaprowadzić tam jakikolwiek porządek, zostały spalone wraz z ich domami przez róźne niezidentyfikowane "męty społeczne". Wypalone ruiny zajmowanych przez nie domów szpeciły potem Wszewilki nawet na początku lat 1970-tych. My później przechodziliśmy obok tych ruin, jednak kogo i dlaczego ktoś w nich spalił, tego nikt nie wiedział. Po dotarciu do Wszewilek mojego ojca, ponownie razem połączyła się tam już cała nasza rodzina. Ponieważ zaraz po wojnie brakowało ludzi z technicznymi umiejętnościami, bardzo szybko mój ojciec znalazł uznanie wszystkich jako owa "złota rączka" umiejąca naprawiać praktycznie wszystko co się popsuło. Wkrótce też po dotarciu do Wszewilek, mój ojciec podjął pracę w poniemieckich wodociągach zasilających we wodę tamtejsze miasteczko Milicz - patrz ich opisy i ilustracja z punktu #D2 na mojej stronie o nazwie "wszewilki.htm". Pracował tam jako maszynista przez wiele następnych lat, tj. aż do czasu kiedy miasto Milicz zbudowało sobie nowe wodociągi. W tych nowych NIE było już potrzeba maszynisty z technicznymi umiejętnościami, a wystarczyło umieć naciskać guziki. Jednocześnie niemal wszystko co się w pobliżu popsuło mój ojciec naprawiał. Ludzie lubili jego naprawy, bowiem mój ojciec nigdy NIE żądał zapłaty, zaś jeśli ktoś go pytał "co się należy" jako zapłata, wówczas mój ojciec zawsze odpowiadał "co łaska". W tamtych czasach to znaczyło "ile uważasz za stosowne, lub co możesz dać jeśli NIE masz pieniędzy". Mój ojciec bowiem za zapłatę uznawał również otrzymanie czegokolwiek przydatnego jemu lub jego rodzinie (w tym np. zieminaków, zboża, dowolnych innch produktów rolnych, a nawet popsutych urządzeń czy zegarów jakich ktoś już NIE potrzebował, a jakie mój ojciec albo naprawiał aby dalej je używać, albo przeznaczał na części zamienne.
Opisane powyżej losy mojego ojca, w czasach kiedy ja zacząłem rozwijać moją filozofię nazwaną Totalizm, dostarczyły mi sporej ilości materiału dowodowego, empirycznie potwierdzającego idee jakie wynikały z mojego totalizmu. Najważniejsze z tych potwierdzeń wyliczę teraz w ponumerowanych punktach, podając przykłady eprezentujące "zło" od {1#H2} do {4#H2}, oraz przykłady reprezentujące "dobro" od {5#H2} do {7#H2}. Oto one.
{1#H2} Druga wojna światowa zrujnowała Niemcy i cofnęła je w rozwoju co najmniej o kilkadziesiąt lat. Totalizm implikuje, że następstwa tej wojny trapią ów kraj do dzisiaj, oraz ze takie następstwa wojny są dla każdego agresora zaprojektowane celowo aby powstrzymywać agresorów od zaczynania wojen. Wszakże wojna ta spowodowała, m.in., nadejście do Niemiec zwrotu tzw. "karmy zbiorowej". Karma ta zaś tylko pogorszyła sytuację spowodowaną przez wybicie wojną ich wiodących twórców i inżynierów oraz podzielenie kraju na Wschodnie i Zachodnie, a także zniszczenie ich miast i fabryk, oraz powstanie ogółnonarodowego poczucia winy z powodu sposobu prowadzenia tej wojny. Następstwa zaś tej sytuacji pobudziły pojawienie się tzw. "ripple effect" - wyszukuj jego opisy np. używając polecenia https://www.google.com/search?q=ripple+effect_meaning . Definicja tego "ripple effect" stwierdza, że jest to "sytuacja kiedy jakieś zdarzenie lub działanie powoduje rozprzestrzenianie się serii innych zdarzeń lub następstw "w sposób gniazdowy" jakie wpływają na większy system którego cząścią jest ów efekt". W tej definicji niezrozumiałe może być komputerowe wyrażenie "w sposób gniazdowy" (po angielsku "in a nested manner") - co praktycznie znaczy "coś umiejscowione we wnętrzu czegoś innego". Przykładowo, przegranie wojny może powodować utratę zdyscyplinowania i pracowitości u ludności przegranego kraju. Z kolei utracenie zdyscyplinowania i pracowitości następnie mogą np. powodować otwarcie granic kraju dla niszczycielskich emigrantów. Z kolei emigranci mogą być źródłem spadku publicznego bezpieczeństwa. Spadek ten z kolei może spowodować "odejmujące" polityczne przeorientowanie narodu, itd., itp. Warto tutaj też dodać, że z powodu wdrażania przez Boga opisanej poniżej w {5#H2} zasady ujawnianej ludzkości przez mój totalizm, a stwierdzającej że "każdą wojnę w ostatecznym rozrachunku zawsze przegrywa agresor", wszystkie "odejmujące" następstwa zainicjowania wojny powodujące "zło" a tu opisywane mogą być doświadczane przez praktycznie każdego agresora.
{2#H2} Wojna ta cofnęła w rozwoju całą ludzkość co najmniej o kilkadziesiąt lat. Istnieje wiele powodów tego cofnięcia. Przykładowo jednym z nich było finansowe uwikłanie ludzkości w rozwijanie duchowo splamionego i wysoce niedoskonałego napędu rakietowego znacząco wojną zaawansowanego poprzez zbudowanie w Peenemünde rakiet V2. Tymczasem gdyby USA nie zostały finansowo uwikładne w przejęcie i kontynuowanie owego duchowo splamionego napędu rakietowego, wówczas zapewne zwróciły by uwagę na teoretyczne rozwiązania napędu magnetycznego, takiego jak ten użyty w Magnokrafcie mojego wynalazku. Napęd magnetyczny pozwoliłby bowiem budować gwiazdoloty wynoszące ludzi do gwiazd, podczas gdy napęd rakietowy z trudnością wyniósł ludzi na Księżyc. Innym przykładem tego cofnięcia było przyspieszenie budowy bomby atomowej. Z kolei "ripple effect" tej bomby stanowi trwałe skażanie Ziemi radioaktywnością (tj. prawdopodobne źródło pandemii raka jaka zabija zarówno elity jak i zwykłych ludzi), przeznaczanie dużych budżetów wszystkich krajów na służące wyniszczaniu zbrojenia zamiast na rozwój cywilizacyjny ludzkości, itd., itp.
{3#H2} Wojna zainicjowała też moralny upadek rządzących klas. Ten zaś także zamanifestował się na wiele sposobów. Jeden z najbardziej znaczących z nich zainicjowały posądzenia o przeżyciu wojny przez Hitlera i jego ucieczce do Argentyny. Moim zdaniem "wyciszenie" i zatajanie tej możliwości przez powojenne mocarstwa, błędnie dały innym rządzącym do zrozumienia, że jakoby są bezkarni. Wszakże dla chcących czynić zło osób NIE ma większego znaczenia czy faktycznie Hitler uciekł do Argentyny i uniknął kary, czy też tylko "moce zła" uformowały okoliczności wyglądające jakby uciekł i uniknął kary. Tymczasem w rzeczywistym życiu niezależnie od sprawiedliwości ludziej działa przecież jeszcze sprawiedliwość Boga. Ta zaś NIE toleruje "wyciszania", a działa precyzyjnie jak przysłowiowy "zegarek szwajacarski". Tyle, że w życiu cielesnym Bóg też dokonuje ją głównie rękami ludzi. Po przykład jej działania możesz oglądnąć 11:58-minutowe angielskojęzyczne wideo "The Auschwitz Commandant Hid as a Farmhand — One Detail Gave Him Away", z adresu https://www.youtube.com/watch?v=Yk9JhQo-2Fs . (Odnotuj, że niemiecka nazwa "Auschwitz" tego obozu koncentracyjnego zlokalizowanego w obecnej Polsce obecnie jest nazywana "Oświęcim".) albo patrz polskojęzyczne 1:08:07-godzinne wideo "Tak Zostały Stracone Strażniczki SS w Obozie Stutthof! | Dokument", z adresu https://www.youtube.com/watch?v=ZeQus9RR12c . Jeśli zaś zechcesz wyszukać sobie na temat tej sprawiedliwości Boga krótsze niż jednogodzinne widea o losach brutalnych zbrodniarzy wojennych, wówczas użyj np. polecenie w rodzaju: https://www.youtube.com/results?search_query=wieszanie+straźniczek+obozu+Stutthof . Oczywiście, podobny los na "karmę" jakiego zasłużyły wszystkie osoby łamiące przykazania Boga, spotykał też schwytanych po wojnie strażników i strażniczki ze wszystkich innych obozów koncentracyjnych, a także spotykał brutalnych żołnierzy, nosicieli mundurów SS, oraz innych ludzi typowo rozstrzeliwanych natychmiast po ujęciu, itp. Nawet dalsze życie tych co zdołali uciec do Ameryki Południowej lub się ukryć gdziekolwiek indziej, stawało się rodzajem przedłużającej się kary. Wszakże powtarzalnie docierały do nich wiadomości o ich kolegach lub znajomych stopniowo wyłapywanych i skazywanych. Stąd cały czas się liczyli, że wkrótce przyjdzie i na nich kolej. Tych zaś co sądzili, że udało im się uniknąć kary, spotykało to co raportuje np. 15:33-minutowe wideo "Nurse Confirms That Witchcraft and Demons Have a SMELL", z adresu https://www.youtube.com/watch?v=OpIoCHrstd8 . Bóg wszakże zawsze uprzedza ludzi, co ich spotka jeśli złamią nakazy Biblii, lub złamią inne zakazy o braku wybaczania dla których ostrzegają wszyscy najważniejsi "3 świadkowie" - w rodzaju opisanego m.in. w {7#G1} z bloga #396 ostrzeżenia, że "każdą wojnę w ostatecznym rozrachunku zawsze przegrywa agresor", albo łamania opisanego w "Grupa 1" z "motto" bloga #397 nakazu Boga, że dla efektywnego ich wychowania dzieci powinny doświadczać w swej młodości kar ilustrujących im czym się kończy łamanie najistotniejszych zakazów. Czyż NIE lepiej jednak przestrzegać tego co Bóg nakazuje, aby potem móc wysłuchiwać słowa wdzięczności innych osób za to co się czyni, przykładami jakich są np. widea angielskojęzyczne: 4:24-minutowe wideo "I want to tell you something from the bottom of my heart", z adresu https://www.youtube.com/watch?v=evigz5xxy7I oraz 56:30-minutowe wideo "Please Marry Us" 67 Japanese Women POW Asked A U.S. Farm boy Soldier" (Who Would Follow Orders Without Question), z adresu https://www.youtube.com/watch?v=9X_EahSnGYk .
Oczywiście, owo implikowane przez "moce zła" mylące zwodzenie o bezkarności czynienia zła, też miało swe następstwa. Przykładowo powodowało, że wielu ze rządzących podejmowało wysiłki zdobycia absolutnej władzy nad swym narodem - podobnej do władzy jaką uzyskał Hitler. "Wolna wola" też im na to pozwalała. Wszakże złu, aby mogło być wyeliminowane, najpierw trzeba pozwolić aby klarownie się ujawniło. Dopiero zaś po ujawnieniu można je osądzić i potraktować jak na to sobie zasłużyło. Tymczasem tylko same wysiłki zdobywania absolutnej władzy stopniowo już zerodowały demokrację i zdewaluowały faktyczną wolność wielu narodów. Wynikiem było, że przeliczne narody do dzisiaj są podrzędnymi składowymi innych narodów, które je sekretnie okupują i wykorzystują. Tymczasem filozofia totalizmu, jako odrębny naród który ma naturalne prawo do samo-stanowienia, definiuje każde zbiorowisko ludności, jakie jest albo geograficznie znacząco odseparowane od sąsiadujących z nim innych zbiorowisk ludności, ponieważ np. mieszka na oddzielnej wyspie, dolinie, czy poza innym trudnym do przebycia terenem jaki oddziela je od tych najbliższych mu zbiorowisk ludzi. Ponadto jako odrębny naród mój totalizm definiuje też każde zbiorowisko ludzi, którzy znacząco różnią się od otaczających je narodów aż kilkoma cechami z następujących rodzajów: genetyka, rasa, religia, używany język, historia, kultura, poziom zaawansowania cywilizacyjnego, oraz jeszcze kilka innych jakie dane zbiorowisko ludzi potrafi klarownie zdefiniować jako tylko je charakteryzującyh. Każdy odrębny naród powinien więc mieć prawo do własnej niepodległości, a stąd pozostawać składową innego narodu - tylko jeśli sam tak istnieć zadecyduje, zaś ów inny naród go zaakceptuje jako swoją składową. Ciekawe, że na Ziemi mamy dużo międzynarodowych instytucji, z ONZ na czele. Jednak są one zbyt zajęte otrzymywaniem pieniędzy od finansujących je narodów, aby jeszcze mieć motywacje do zadbania o interesy narodów, które nadal NIE są jeszcze uznane za odrębne narody - stąd NIE finansują jawnie owych instytucji i ONZ. Nic dziwnego więc, że po drugiej wojnie światowej, szybko ci szukający absolutnej władzy rządzący zaczęli też rozpoczynać następne wojny, w jakich ponownie ludzie musieli umierać często tylko aby zaspokajać wyolbrzymione ambicje swoich przywódców. Itd., itp.
{4#H2} Owa wojna światowa szybko pogłębiła też różnice pomiędzy bogatymi krajami i ludżmi, oraz biednymi krajami i ludźmi.Jak zaś trudne do usunięcia owe różnice się stały, widzimy to z faktu, że do dzisiaj ludzkość ich NIE wyeliminowała, a faktycznie to nawet je powiększyła.
{5#H2} Wojna ta empirycznie udowodniła także ludzkości, że bez względu na swą moc militarną: "agresor zawsze w ostatecznym rachunku przegrywa rozpoczętą przez siebie wojnę". Empiryczne udowodnienie tej prawdy jest następstwem wojny z kategorii "dobro" wybronienia swego kraju od agresora. Ale niestety, sporo nadeszłych po Hitlerze przywódców z tzw. "ambicjami" do dzisiaj prawdę tę ignoruje, powodując że narody dla "dobra" jakich przywódcy ci powinnni rządzić i postępować, ponownie są umęczane zaś ich młodzi ludzie, szczególnie zaś mężczyźni, muszą umierać w następnych wojnach. Utrata zaś wielu mężczyzn powoduje znaczący brak balansu pomiędzy liczbą kobiet i liczbą mężczyzn. Ów zaś brak balansu generuje kolejny "ripple effect" - następstwa którego NIE zawsze są "dodające", a w niektórych rozwiniętych krajach zaczynają już być wręcz tragiczne.
{6#H2} Udowodnienie, że faktycznie życiem każdej osoby rządzi tzw. "los" i "przeznaczenie". To "dodające" ustalenie już potwierdziłem jako "absulutną prawdę w "motto" niniejszego punktu #H2. Wcale bym się też NIE zdziwił, gdyby moj Totalizm z upływem czasu pozwolił mi udowodnić, że ów "los" i "przeznaczenie" jakie spotykają nas w danym życiu, faktycznie są zjawiskami czysto duchowymi pokrenymi do tzw. "karmy" wyrównującej sprawiedliwość za to co uczyniliśmy w swych poprzednich inkarnacjach. Ponadto bym się też NIE zdziwił, gdyby się okazało lub udało nawet udowodnić, że ów "los" i "przeznaczenie" są nadrzędnymi źródłami energii, wyłącznie która uruchamia wszystko co się dzieje w naszym "świecie materii" - o czym już obecnie zdaje się poświadczać to co wyraża sobą tzw. "drzewo życia" z "Kabały" - pokazane i omówione np. w punkcie #J5 bloga #299 i strony "petone_pl.htm". Stąd np. ci, co w poprzednim życiu wysyłali innych na wojnę lub mordowali, w następnym swym życiu zostają wysłani na wojnę lub zamordowani. Zaś ci co w poprzednim życiu "zasiewali dobro", w swej następnej inkarnacji "zbierają dobro".
{7#H2} Wojna ta ujawniła materiał dowodowy mogący uświadomić światu, że aby ludzkość przeżyła absolutnie niezbędne jest "dodające" reformowania władzy - np. poprzez zmierzanie w kierunku wskazywanym przez filozofię totalizmu i przykazania Boga. Tj. coraz bardziej konieczne się staje oddanie podejmowania decyzji w przysłowiowe ręce "zbiorowej mądrości" narodu, ograniczenie władzy rządzących do jedynie rozwiązywania problemów w moralnie poprawny sposób, zaniechanie wojen, opracowanie mechanizmu usuwania z pozycji tych rządzących, którzy zagrażają światowemu pokojowi, coraz bardziej pedantyczne wypełnianie przykazań i wymagań wszechwiedzącego Boga we wszystkim co czynimy, podjęcie wychowania AI we wysoce moralny sposób na jaki wychowujemy moralnie zachowujace się ludzkie dzieci, itd., itp. - patrz np. mój blog #397. Aby ludzkość przetrwała na Ziemi bez już niedalekiego samo-wysadzenia się w powietrze razem z całą swą planetą, pilnie potrzebne jest także międzynarodowe prawo, że jedynym dozwolonym sposobem na jaki jeden naród może powiększyć swoje terytorium jest "zakup ziemi" dokonany za zgodą sprzedawcy tejże ziemi. Czyli sposób, jakim USA powiększała swoje terytorium zaraz po odzyskaniu wolności od Anglii. Natomiast przywódcy krajów, którzy użyją wojny, prześladowań, szantażu, lub dowolnych innych "odejmujących" postępowań, powinni być na mocy tego prawa natychmiast odsuwani od władzy przez specjalnie do tego celu wypracowany i pilnie ludzkości potrzebny mechanizm. Z kolei ziemia którą komuś odebrali swą przemocą lub wojną powinna być zwracana jej oryginalnym właścicielom. Jeśli bowiem ludzkość NIE stworzy takiego mechanizmu jak najszybciej, wówczas zapewnie już wkrótce stanie się siódmą z kolei cywilizacją, jaka samo-wyeliminuje się z powierzchni naszej planety. Wszakże niedawno byliśmy już tylko o mały krok od takiego wyeliminowania się ze Ziemi.
Do opisów proponowanego przez mój Totalizm powyższego międzynarodowe prawa, że jedyny dozwolony sposób powiększania swego terytorium powinien polegać na "zakupie ziemi", warto dodać wyjaśnienia następstw wprowadzania tego prawa. Pierwsze oczywiste jakie rzuca się w oczy, to że zaniknie goźba samo-zniszczenia wojną, oraz że wysiłek, fundusze, oraz ilczby ludzi, jakie teraz są pochłanianie przez zbrojenia i wojny, nagle będą uwolnione aby pracować dla "dobrostanu" i szczęścia ludzi. Oczywiście, jak przeciwko wszystkiemu co powiększa prawdę, sprawiedliwość, pokój, "dobrostan", oraz inne czynniki niezbędne do udoskonalania otaczającej nas rzeczywistości, "moce zła" będą prawu temu hałaśliwie się operały. Moce te z czasem jednak odkryją, że faktycznie to prawo takie leży także i w ich najwitalniejszych interesach. Wszakże we warunkach kiedy panuje prawda, pokój, itp., ludzie powodujący zło NIE są wieszani bez osądzenia ani natychmiast uśmiercani - tak tak czyniono to zaraz po wojnie, a daje się im szansę wykazywania "za" i "pro" swego stanowiska. Niektóre NIE odbierające życia formy zła zawsze są przecież konieczne - np. dla burzenie staroci, wychowywania, itp. Ponadto jest możliwość, że jeśli na Ziemi prawo takie zestanie wprowadzone i odniesie obecywane nim sukcesy, wówczas także sekretnie okupującym nas i rabującym UFOnautom będziemy w stanie wyperswadować, aby zaniechali dotychczasowego rabowania ludzkości, a przestawili się na zakupywanie od nas tego co im potrzebne, a co my zapewne chętnie im sprzedamy za godziwą cenę. Wszakże fakt, że nas aż tak długo rabowali, wykazuje też że mamy sporo do zaoferowania im dla ewentualnego zakupu. Z kolei fatyczność tego co pozwala im czynić ich poziom nauki, posiadanych urządzeń technicznych, oraz medycyny, dowodzi, że gdyby obie strony zgodziły się zamienić dotychczasowe rabowanie na obustronnie korzystne zakupywanie, wówczas nasze stosunki powodowalyby obustronne udoskonalanie. Przykładowo zamiast uważać ich za wrogów ludzkości, mieszkańcy Ziemi zaczęłiby ich uznawać za swoich krewniaków. Zamiast zmierzać ku wybuchowi międzygalaktycznej wojny, jaka zniszczy sporo cywilizacji, zaczęłoby się zmierzanie ku galaktycznemu pokojowi i współpracy. Ich zaś działania zamiast powodować gromadzenie "złej karmy" - która kiedyś ich zniszczy, w końcu zaczęliby generować "dobrą karmę". Zamiast ich działania budzić obrzydzenie i bunt u co bardziej świadomych ich obywateli, w końcu zaczęłyby być moralnie przez wszystkich akceptowane. Zapewne wówczas nawet zaczęłoby się zawieranie małżeństw pomiędzy ludźmi i UFOnautami, które przywróciłoby możliwość przeżywania "prawdziwej milości" przez uczestników wszystkich cywilizacji - w tym i tych co wcześniej miłość zastąpiły maszynami. Czyli z ustanowienia takich praw i wdrażających je mechanizmów w ostatecznym rozrachunku także skorzystaliby nawet ci nieliczni z ludzi, co czytając o nich w niniejszym moim blogu #398 będą błędnie wierzyli, że jakoby działałyby one na ich niekorzyść.
W sumie więc zaledwie streszczenie niewielkiego fragmentu zdarzeń ze życia pojedyńczej osoby, jaką był mój ojciec, Wincenty Pająk, dostarczyło nam tak rozległej wiedzy filozoficznej jaka wzbogaca naszą znajomość praw i regularności rządzących rzeczywistością w jakiej żyjemy. Im też więcej czasu upływa od dat zajścia zdarzeń jakie kształtowały los i przeznaczenie mego ojca, tym więcej powiązań z historią, życiem innych ludzi, oraz następstwami dla całej naszej cywilizacji, zdarzenia te wykazują. Szczerze mówiąc np. dla całej mojej rodziny zdarzenia te okazały się być kluczowymi w dalszym ukształtowaniu naszego życia. To zaś nasuwa dosyć istotne potwierdzenie, ujawniające jak szybko i jak wysoko wzrosłaby wiedza i tzw. "dobrostan" ludzkości, gdyby istotne szczegóły życia każdej osoby poddać podobnej analizie. Na Ziemi bowiem już obecnie analizy takie są możliwe dzięki użyciu AI. Inne niż ludzkość cywilizacje, np. z konfederacji UFO rządzonej z Oriona - która do dzisiaj pasożytuje na ludzkości, od dawna takich analiz ludzi dokonują. Wszakże od tysięcy już lat pomaga im to w efektywniejszym rabowaniu mieszkańców Ziemi. Placą jednak za to długością swego istnienia. Jak już wiadomo, ich składowe cywilizacje są powtarzalnie karane samo-wysadzaniem się w powietrze. Innymi słowy, powyższe losy pokazują jak szybko "dobrostan" i rozwój cywlizacyjny by zaczął się podnosić, gdyby kraje na Ziemi, a jeśli się da ich przekonać, to za przykładem ludzkości również i sekretnie okupujące Ziemię cywilizacje, zamiast koncentrować się na kłamaniu, ateiźmie, niszczeniu, rabowaniu, zabijaniu, wojnach, itp., zaczęły koncentrować się na prawdzie, badaniu natury i metod Boga, identyfikowaniu praw rządzących otaczającą nas rzeczywistością, udoskonalaniu, dawaniu, itp., poczym zaczęły też powszechnie wdrażać do wykorzystywania to, co już zidentyfikowały dla poprawy swego życia, a także życia innych bratnich cywilizacji.
Ja zapewne NIE muszę tutaj dodawać, że empirycznie dowodząc tu istnienia losu i przeznaczenia - które mogą zaistnieć tylko jeśli faktycznie istnieje jakaś wszechpotężna nadrzędna istota o cachach jakie ludzkość dziś przypisuje Bogu, niniejszy raport #398 dodaje jeszcze jeden dowód do ogromnego już zbioru niemożliwych do podważenia dowodów, na istnienie Boga. Ponadto dodaje "empirycznego świadka" do owych najważniejszych "3 świadków" potwierdzających, że istnienie Boga jest tzw. "absolutną prawdą". (Tak na marginesie to przykładem innego "empirycznego świadka są też, między innymi, "cuda" - np. rozważ cuda pokazane i dyskutowane w 2:12-minutowym wideo "What Scientists Found in the Blood of a Weeping Statue of the Blessed Virgin Mary", o adresie https://www.youtube.com/watch?v=ySf6BzNpJg8 .) Z kolei najważniejszym "teoretycznym świadkiem" na istnienie Boga jest mój teoretyczny dowód iż Bóg istnieje, używający twierdzeń logiki matematycznej, który zaprezentowałem w punkcie #G2 z bloga #135 i z mojej strony internetowej "god_proof_pl.htm". Przeglądając tamten mój teoretyczny dowód warto też zaglądnąć do punktu #G3 z bloga #228 i z tej samej strony "god_proof_pl.htm" aby poznać cały szereg innych dowodów pokrewnych do teoretycznego dowodu na istnienie Boga. W końcu trzecim i najważniejszym z "3 świadków" potwierdzających istnienie Boga jest cała Biblia - o treści zainspirowanej osobiście przez samego Boga. W sumie więc tylko na bazie prawd jakie przedstawiam zainteresowanym czytelnikom w niniejszym raporcie #398, fakt istnienia Boga jest podnoszony do rangi "absolutnej prawdy". Znaczy "na choćby tylko poziomie wiedzy zaprezentowanej w niniejszym raporcie #398 w Boga NIE wystarczy już tylko wierzyć, a trzeba o nim wiedzieć i mieć pewność jego istnienia". Szczerze mówiąc, osobiście NIE chciałbym więc być w przysłowiowych "butach" któregokolwiek z ludzi, którzy nadal pozostając ateistami, uparcie używają swego ateizmu aby łamać przykazania i wymogi Boga, oraz aby unikać wkładania swego czasu i wysiłku w dokładniejsze poznawanie swego stwórcy i Boga.
Fot. #H2a = https://pajak.org.nz/ww2/v2_rakieta.jpg
Fot. #H2a. Oto rakieta V2 wystawiona do oglądania przy muzeum w Peenemünde z północno-wschodnich Niemiec.
To właśnie finansowe uwikłanie się krajów planety Ziemia w kontynuowanie budowy następców tej rakiety V2, powoduje że ludzkość trwale utknęła w swoich wysiłkach eksploracji kosmosu na poziomie jej technologii. Wszakże duchowa tradycja zasiewania "zła" przez tę rakietę V2 jest na zawsze przenoszona w pamięci duchowej wiecznie żyjących "Drobin Boga". Tymczasem, gdyby zamiast obarczonego noszeniem duchowego "zła" napędu rakietowego, nasza cywilizacja choćby tylko fragment sum na budowę rakiet zainwestowała w rozwój służącego pokojowi napędu magnetycznego, wówczas do dzisiaj ludzkość już by latała działającymi gwiazdolotami magnetycznymi do odległych gwiazd - tak jak przypominam to w {2#H2} powyżej. Wszakże kosmiczne możliwości napędu magnetycznego są już znane od 1976 roku - kiedy to zostały opublikowane w artykule "Teoria rozwoju napędów" z polskiego czasopisma "Astronautyka" numer 5/1976, strony 16-21. Natomiast od 1980 roku dostępna była w pełni już inżyniersko rozpracowana budowa i działanie gwiazdolotu magnetycznego o nazwie "Magnokraft" - zilustrowanego na wideach totalizmu, oraz opisanego szerzej np. na mojej stronie o nazwie "magnocraft_pl.htm", i w tomie 4 mojej monografii [1/5], której wersja PDF upowszechniana jest za darmo stroną "tekst_1_5.htm". Monografie szczegółowo opisujące Magnocraft rozesłane też były praktycznie do wszystkich instytucji na Ziemi, które w latach 1980-tych zajmowały się eksploracją kosmosu.
Kliknij na powyższe, oraz na inne pokazywane tu zdjęcia, aby oglądać je w ich faktycznych wymiarach. Zdjęcia te bowiem celowo zredukowałem dla ich łatwego zmieszczenia się na tej stronie, kiedy druk tej strony jest powiększany dla lepszej widoczności - tak jak wyjaśniłem to w [#5] z jej wstępnej części.
Fot. #H2b = https://pajak.org.nz/ww2/leje.jpg
Fot. #H2b. Oto przykład jak we wrześniu 2026 roku wyglądał "lej po bombie" dużego kalibru, która ponad 83 lata wcześniej, tj. nocą z 17 na 18 sierpnia 1943 roku, spadła na obóz pracy POW w Peenemünde. Te porozsiewane czasami w odległości zaledwie kilku metrów od siebie duże i mniejsze leje, obecnie są tam już pozarastane trawą i krzewami. Teraz są one więc rozpoznawalne głównie z powodu innego koloru i rodzaju trawy. Trawa to bowiem korzysta z łatwiejszej dostępności do wód gruntowych z powodu wyrastania na dnie tych lejów. Na całym obszarze byłego obozu pracy POW rośnie też widoczny na tym zdjęciu las sosnowy, który wyrósł tam już po zbombardowaniu Peenemünde.
Odnotuj, że włącznie z powyższym, sporo z tych lejów - kilka z których jest też widocznych poza krawędzią powyższego, sięga do głębokości wód gruntowych. Przykładowo, osoba która dla mnie wykonała zdjęcie powyższego leja, twierdziła że chociaż zdjęcie NIE oddaje obrazowo jego konfiguracji ani wymiarów, według jej inżynierskich oszacowań (nie posiadała bowiem przy sobie sprzętu do jego precyzyjnego pomierzenia) lej ten był około trzech metrów głębokości i około dziewięciu metrow średnicy w swej górnej wlotowej części. Na dnie tego leja osoba ta widziała czarną wodę. To dlatego w lejach tych rośnie odmienna trawa, która jest typowa do dobrze nawodnionej gleby. Odnotuj też grubość drzew lasu sosnowego, które tam wyrosły już po zbombardowaniu. Zapewne użyźnienie tej gleby szczątkami wielu ludzi, którzy umarli tam rozczłonkowani przez bomby na strzępy, przyspieszyły wzrost tego lasu. Mój ojciec opowiadał, że natychmiast po bombardowaniu cały ten obszar był pokryty poszarpanymi przez bomby fragmentami ciał ludzkich. To zapewne z powodu okropności tego obszaru, osoba, która fotografowała te leje, potwierdziła także, że w lesie tym NIE słychać śpiewu ptaków, jaki daje się słyszeć w niemal każdym typowym lesie. Mówiono mi także iż podobno również NIE słychać śpiewu ptaków na obszarze obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu koło Krakowa w Polsce.
Fot. #H2c = https://pajak.org.nz/ww2/u461.jpg
Fot. #H2c. Oto niemiecka łódź podwodna U461 wystawiona do oglądania przy muzeum z Peenemünde.
To podobno w jednej z takich łodzi podwodnych Hitler uciekł do Argentyny. Upowszechnianie wiedzy o tej jego ucieczce przez długi czas było wyciszane - np. patrz 9:05-minutowe wideo z adresu https://www.youtube.com/watch?v=6PM6z-rHrdk albo 9:06-minutowe "wyciszające" wideo https://www.youtube.com/watch?v= IgUPOFoL_GQ lub też wybierz sobie dowolne z wielkiej liczby wideów na ten temat wyszukiwanych np. poleceniem https://www.youtube.com/results?search_query=Hitler+escape+to+Argentina . Wiadomo też, że jego ucieczka do Argentyny była znana przez elity. To właśnie taka upowszechniana przez "moce zła" błędna wiara w rzekomą bezkarność czyniących zło - która to wiara jest unieważniana zarówno empirycznym materiałem dowodowym jak i wersetami Biblii, powodowała że po drugiej wojnie światowej absolutną władzę podobną do tej Hitlera starało się uzyskać także wielu innych przywódców. Wszczynali oni więc następne wojny i marnowali w nich młodzież swoich narodów - tak jak przypominam to w {3#H2} powyżej.
* * *
Końcowe informacje mojego niniejszego raportu #398. Opisane tu uratowanie się mojego ojca podczas masowego bombardowania Peenemünde jest też publikowana w punkcie #H2 z mojej strony internetowej "love_pl.htm". Cały raport #398 można też załadować sobie za darmo z "Tom H" w mojej książkowej publikacji [13] o formacie PDF, upowszenianej stroną o nazwie "tekst_13.htm". Z kolei aby uruchomić w swym komputerze dowolną stronę internetową - nazwę której podaję w tym raporcie #398, wówczas nazwę tej strony (ale bez cudzysłowów) trzeba dopisać do końca adresu którejś z moich witryn internetowych, np. witryny https://pajak.org.nz/ albo też witryny http://www.geocities.ws/immortality/ , poczym uruchomić tak otrzymany adres na jakiejś wyszukiwarce internetowej. Np. aby uruchomić stronę w niniejszym #398 linkowaną nazwą "love_pl.htm", wówczas na wyszukiwarce trzeba uruchomić np. adres https://pajak.org.nz/love_pl.htm . Natomiast informacje i linki jak znajdować strony i blogi referowane w niniejszym opracowaniu podałem, między nnymi, w punkcie #Z5 z mojej strony "love_pl.htm", a także, m.in., z bloga #395 oraz z punktu #F1 strony "love_pl.htm" . Jedyne więc co jeszcze mi pozostało dodać do wszystkiego co omówiłem już powyżej, to informacja "jak" czytelnicy mogą ze mną się kontaktować. I tak wszystkie moje adresy emailowe, w tym totalizm@gmail.com i pajana@gmail.com , podałem w punkcie #L3 swej autobiograficznej strony "pajak_jan.htm". Ja także mam WhatsApp w swej "komórce" z numeren +64-27-4634974. Ale zwykle jest ona wyłączona. Dlatego najpierw trzeba wysłać mi SMS (DMS) ze swoim własnym numerem WhatsApp - który zobaczę kiedy ją włączę. Dodam, że z powodu nawału badań jakie samotnie prowadzę, czas aby odpowiedzieć na najważniejsze emaile i SMS znajduję rzadko i zwykle tylko w niedziele.
Tyle na niniejszy raport i publikujący go blog numer #398. Starają się one ujawnić "jak" losy jednej definitywnie chronionej przez Boga osoby (tj. mojego ojca) wpłynęły na całą naszą cywilizację, w tym na żałosne losy jego wrogów. Uświadomiły one nam też potencjał jaki kryje się w umożliwieniu każdemu mieszkańcowi Ziemi, który na to zasłużył swym postępowaniem, "dodające" wpływanie na cywilizacyjny rozwój wszystkich mieszkanców planety Ziemia.
Niech totalizm zapanuje,
dr inż. Jan Pająk
Comments
Post a Comment